Blog > Komentarze do wpisu
Problem Rumunów z psami i mój problem z rumuńskimi psami

 

Mam mnóstwo zdjęć z psami rumuńskimi w różnorakich miejscach i pozach. Czasami wrzucam na bloga. I będe wrzucać. To moja mała obsesjaJ

Niedawno znajomy ujawnił, że też ma sporą kolekcję takich zdjęć i wyszedłby z tego piękny album o Rumunii: pies plażowy, pies restauracyjny, pies strażniczy, pies przydrożny, pies lotniskowy, pies przyblokowy...

Dla mnie problem psów jednak to nie temat do żartów. To temat wywołujący u mnie furię. Nie rozumiem Rumunów. Nie wiem, dlaczego nie potrafią rozwiązać tego problemu. A najbardziej wkurzają mnie swoim stoickim podejściem do tematu (to takie rumuńskie: jest problem, no ale co można poradzić?). Pytam o to każdego Rumuna i słyszałam mnóstwo teorii. Chodzi generalnie o to, że Rumuni nie widzą problemu. A jeśli widzą, to nie wiedzą co niby mogliby zrobić. A jeśli nawet wiedzieliby, to sie obawiają, że się nie uda nic zrobić. Bo nie ma schronisk, nie ma pieniędzy na schroniska, nie ma ustawy. Nie ma pieniędzy na uśpienie. Obrońcy zwierząt nie zgodzą się na uśpienie. To niehumanitarne.

Dla obrońców zwierząt (nawet Bridget Bardott broniła rumuńskich psów!) humanitarne natomiast  jest koczowanie psów w krzakach i dziurach w ziemi, samotne chorowanie, umieranie od zimna i głodu. Ataki psów. Strach ludzi przed psami.

 

Wszyscy Rumuni kochają psy. Ogólnie. Wszystkie. Dokarmiają je. Dzięki temu te psy żyją. Jest powiedzmy banda psów żyjących przy danym bloku. Każdy tam coś rzuci z obiadu i psy go lubią. Ale gdy pies zachoruje wtedy nikt nie poczuwa się do zajęcia się nim w jakiś szczególny sposób. Koleżanka opowiadała nam taką przygnębiającą historię: brak odpowiedzialności sąsiadów Rumunów wprawił ją w osłupienie. Nie była to kwestia finansowa, bo przecież zastrzyki można było kupić z jakiejś zbiorczej składki.

Podczas jednej z takich dyskusji z pewną Rumunką zostałam oskarżona o faszyzm. OK. Nie podobał jej się pomysł masowego usypiania psów. Pytałam ją czy z równym oburzeniem patrzy na sprawy aborcji w kraju (w Rumunii jest legalna).

No dobrze, powie ktoś, wiele hałasu o nic, psy sobie żyją, to lokalny koloryt, nikomu nie przeszkadzają, po co planować eksterminację.

 

No więc kilka przykładów z życia mojego i moich znajomych (Bukareszt).

1. Rozmawiałam dziś z młodą Rumunką, opiekunką w przedszkolu. Codziennie pokonuje krótką trasę od przystanku do drzwi przedszkola. Na tej ulicy mieszka wiele dzikich psów (ktoś im oczywiście postawił  nibybudy w trawie). Raz jeden ją ugryzł w nogę, musiała poddać się serii zastrzyków. Pytam, czy potem nie bała się tamtędy chodzić? „Nie mam wyjścia, ale przecież od tamtej pory nic się stało”. Przyznała, że w jej rodzinie KAŻDY miał przygodę z psem – mama pogryziona, siostra zaatakowana, brat poszarpany...

2. Tą samą drogą codziennie chodziła moja koleżanka (nie Rumunka) z dzieckiem. Do czasu, gdy odprowadzało ją 10 psów na raz. Nie zaatakowały, ale koleżanka uznała, że to zbyt ryzykowne. Wynajęła bus szkolny, aby odwoził dziecko 200 metrów na trasie szkoła-dom!

3. Koleżanka Polka spacerowała po parku Herastrau, robiła zdjęcia. W pustej alejce leżał pies. Kiedy go mijała zaatakował ją (miała gruby płaszcz na sczęście). Po krótkiej walce koleżanka wycofała się, bo zroumiała, że ta alejka należy do psa i ona tędy nie przejdzie.

4. Kolega nie Rumun spacerował po starówce. W roztargnieniu nie zauważył, że ludne ruchliwe ulice nagle opustoszały, a on spaceruje między nędznymi kamienicami. A z nich wychodzi stado psów. Krzyknął na nie, psy sie rozstapiły, kiedy jednak sie odwrócił (słaba wiedza o psach w Rumunii sporo kosztuje) psy zaatakowały znowu. Ratował się ucieczką do przejeżdżającego samochodu, koszty – oderwana nogawka w spodniach.

5. On i ona w parku. Sytuacja intymna, po zmroku. Rumuni, a nie czuli ryzyka... Z krzaków wyszło stado psów. Otoczyły ich, dziewczyna schowała się za plecami chłopaka. Ten krzyczał i odpędzał psy.  W krytycznym momencie wyczaił przywódcę stada i kopnął go. Wtedy psy uciekły.

 

Rozpisałam się. Mogę o tym w nieskończoność. Ale już się powściągam.
Apeluję do Rumunów – zróbcie coś, nie patrzcie bezradnie jak psy rujnują wasz wizerunek, giną na drogach, atakują ludzi  z krzaków, nie dają spać po nocach. Błagam!

niedziela, 03 października 2010, commbi

Komentarze
2010/10/13 18:14:14
Całkowicie się z Tobą zgadzam, że w zasadzie nikt nie dostrzega tu problemu psów. To znaczy wszyscy wiedzą, że to jest problem, ale nie do końca widomo co z tym zrobić, więc sytuacja pozostaje bez zmian. Ostatnio Pamela Anderson też włączyła się do akcji ratowania psów w Rumunii, tylko co to da? Znajomy weterynarz powiedział mi, że był program masowej strylizacji psów i budowania dla nich schronisk, ale pieniądze gdzieś się rozpłynęły i procent wysterylizowanych psów był tak mały, że nie miało to wpływu nazmniejszenie populacji. Niestety podejrzewam, że jeszcze bardzo długo nic się w tej sprawie nie zmieni, a Rumuni prędzej przyzwyczają się do ataków psów, niż zaczną działać. A na koniec anegdota, niedawno mój znajomy został ugryziony przez psa, tak zupełnie bez powodu, w szpitalu powiedzieli mu żeby się nie martwił, bo ze statystyk wynika, że w Bukareszcie nie ma wścieklizny... pocieszające, co?
Pozdrawiam serdecznie!
-
2010/10/27 10:29:13
Fakt, wałęsające się psy są stałym elementem rumuńskiego folkloru. Zazwyczaj są zresztą niegroźne, ale i nam zdarzyła się sytuacja, że zostaliśmy odgonieni spod jednej z kwater w Vama Veche przez warczące psisko. Pozdrawiam! :)
-
2010/10/27 11:28:18
witam,
rumuńskich psów można się wystraszyć i naprawdę jest ich bardzo dużo - za dużo...
są biedne i wychudzone, smutno się robi na ich widok...
w Galati mieliśmy taką niemiłą przygodę ze stadem psów:
popołudnie, gorąco i duszno, wyjeżdżając z parkingu marketu kilka psów rzuciło (zaatakowało) samochód, uderzeni było duże, na szczęście nami i psom nic się nie stało...